ZAPISKI WĘDROWNE
CZYLI
NASZA ŚWIĘTOKRZYSKA KORONA
cz. IV 2011

XVII. 27.03: Oblęgorek – Barania Góra - Siniewska – Perzowa – Kuźniacka – Kuźniaki (46 osób)
XVIII.10.0: Porzecze – Ciosowa – Kamień – Wykieńska – Kamienne Kręgi – Grodowa – Tumlin – Sosnowica (27 osób)
XIX 15.05: Aleksandrów – Leszczyny - Cymbra – Altana – Ciechostowice – Mroczków // rezerwat Gagaty Sołtysowskie (46 osób)
XX. 9/10: Krasocin - Murawy Dobromierskie Bukowa Góra – Krzemycza - Józefów – Fajna Ryba – Góry Mokre // Rezerwat Piekło/Niekłań (36 osób)

WRESZCIE Z POWROTEM NA SZLAKU!

Wydawało się, że brakujące nam 4 szczyty Korony zdobędziemy jeszcze jesienią 2010. Jednak z różnych względów okazało się to niemożliwe. Podobnie zimą. Na szlak dane nam było wrócić dopiero w marcu 2011 roku.
Wędrując Pasmem Oblęgorskim nietaktem byłoby ominięcie Muzeum Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku, mimo że byliśmy tu już wielokrotnie. Okazuje się, że i w tych szacownych murach dworku-muzeum, nowoczesność odcisnęła swój znak - wyczarowywane za pomocą światła i elektroniki „gęsie pióro” wypisuje na ścianie sienkiewiczowskie cytaty.
Z Oblęgorka nastrojowym wąwozem

ruszamy na Baranią Góry, a stamtąd na Siniewską, kolejny szczyt Korony Gór Świętokrzyskich. W zacienionych miejscach jeszcze leżą brudne, na wpół roztopione płaty śniegu. Ale już czuć wiosnę. W zacisznych kotlinkach od południowej strony kwitną pierwsze fiołki.

nieśmiało zaczynają się zazieleniać pola

Ale jest i paskudne wczesnowiosenne błoto, tak oblepiające buty, że czasami trudno nogę oderwać od ziemi. Co rusz to drogę przecinają nam spływające ze stoków strużki wody. Płuczemy w nich ubłocone buty, ale po paru korków znowu pod podeszwami mamy po parę kilo błocka.
Tak, że zanim weszliśmy na Perzową byliśmy już nieźle ubłoceni.
Perzowa, jest góra owianą legendami i klechdami. Nazwa szczytu miała się wziąć od Perza, strachliwego chłopa, który pasał tu krowy. Pewnego razu Perzowi ukazała się biała postać i wręczając klucz nakazała otworzyć nim drzwi klasztoru, który za chwilę się pojawi. Wieśniak widząc ożywające, ruszające się głazy, spanikował i uciekł. Kamienie znieruchomiały i trwają tak do dziś. Jest też inna legenda mówiąca o tym, że w dawnych czasach na Perzowej zbójcy mieli grotę, w której skrywali zagrabione łupy. Wejścia do jaskini nie udało się nikomu odkryć, choć wielu próbowało. Natomiast w grocie, w której, okoliczni mieszkańcy chronili się na czas zaraz, znajduje się kapliczka świętej Rozalii.
Oblęgorską wędrówkę, po raz kolejny kończymy w Kuźniakach. I tu przykra niespodzianka - nie możemy zrobić sobie pamiątkowej grupowej fotografii, bo dostępu do pieca broni ogrodzenie.
Przejeżdżając przez Zagnańsk robimy postój przy Bartku. Dębowy Matuzalem, ma popodpierane i poodwiązywane skruszałe ze starości konary, odpada z niego kora. Jednak jeszcze trzyma się w miarę krzepko. Niewątpliwie byłby w znacznie lepszej kondycji, gdyby nie to, że bezmyślnie puszczono mu tuż pod bokiem ruchliwą drogę. Podobno Bartek ma w wkrótce wydać potomstwo. Z jego żołędzi leśnicy chcą, bowiem wyhodować Bartusia.

NIE ROZPIESZCZA NAS TA WIOSNA…

W kwietniu, kiedy wybraliśmy się na Wzgórza Tumlińskie wiosna była już w pełnym rozkwicie. Tak przynajmniej mogliśmy sądzić po tym kiedy podczas biwaku na Wykieńskiej obsiadły nas mrówki. Ale też zaraz zawiał przeraźliwie zimny wiatr. zmuszając do szczelniejszego opatulenia się kurtki, czapki i szaliki.
Tumlińskie skały swoje charakterystyczne brunatno-czerwone, ceglaste, zabarwienie zawdzięczają kwarcytowi. Na Ciosowej ścieżka, którą maszerujemy wiedzie tuż nad wychodnią skalną, prawie dziesięciometrowej wysokości urwiskiem, będącym pozostałością po istniejącym tu kiedyś kamieniołomie.

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku o podnóża Ciosowej zbudowano słynny tor wyścigowy Miedziana Góra (jeden z nielicznych tego typu obiektów w Polsce). Wychodnie na Ciosowej rozmiarami znacznie ustępują tym, które, mogliśmy nieco później zobaczyć ze szczytu Grodowej. Imponującej wysokości pionowe skały (są one przykładem tzw. odsłonięcia powierzchni osadów wydmowych), lśniące w słońcu czerwienią muszą robić wrażenie .

Na Grodowa znajduje się rezerwat Kamienne Kręgi. W czasach pogańskich funkcjonowało tu słowiańskie (Wiślan?) miejsce kultu, obok Łysicy, Dobrzeszowskiej, Biniewskiej, jedno ważniejszych takich miejsc w Górach Świętokrzyskich. Granice sanktuarium wyznaczał kamienny wał, obejmujący krąg o powierzchni 1500 metrów kwadratowych. W XII wieku, na Grodowej chroniła się okoliczna ludność, uciekająca przed tatarskimi zagonami. W okresie potopu szwedzkiego, dawne słowiańskie kamienne kręgi przeobraziły się w warownię.
Polacy skutecznie opierali się oblegającym ich Szwedom. Kiedy Polakom zabrakło amunicji, w desperacji zaczęli ładować broń kaszą i tymi osobliwymi ładunkami strzelać do Szwedów. Ci przekonani, że obrońcy są tak świetnie zaopatrzeni w spyżę i jeszcze długo mogą się opierać, zaniechali oblężenia. Koło Ciosowej wycofujących się Szwedów dopadł polski oddział i rozniósł w pył, że prawie nikt żywy nie uciekł.
Z tamtymi czasami związana jest jeszcze inna klechda. W jednej ze skalnych grot miała schronić się grupa polskich rycerzy. Zostali w niej uwięzieni i zasypani. W dwieście lat później grotę, odkopali, pozyskujący kamień robotnicy. Rycerze, którzy w tym momencie ożyli, dowiedziawszy się, że Polska jest pod zaborami chcieli ruszyć do walki. Jednak jak głosi wieść wszyscy zaraz pomarli.

NA DESZCZU KANAPKI LEPIEJ SMAKUJĄ?

Wydawałoby się, że wybierając się w maju na Wzgórza Niekłańsko-Bliżyńskie, mamy zagwarantowaną pogodę prawdziwie majówkową. I tak się przynajmniej było na początku wycieczki, kiedy zajechaliśmy do Szydłowca. Pogoda wprost zdawała się namawiać do spaceru – nie za mocno świecące słoneczko, lekki zefirek, baranki na niebie. W zastałym lustrze wody odbija się bryła pałacu, kiedyś rodowej siedziby Odrowążów, Szydłowieckich.

Drewniano-ziemny kasztel istniał tu już w XIV wieku. W 1515 roku Mikołaj Szydłowiecki, podskarbi wieki koronny, przebudował go do obecnie znanego nam postaci renesansowego pałacu, posadowionego na sztucznie poszerzonej wyspie, otoczonego fosą. W reprezentacyjnym, wschodnim skrzydle urządzono efektowną loggię widokową. Była to pierwsza tego typu loggia w Polsce, przypuszczalnie wcześniejsze nawet od wawelskiej. W 1534 roku Mikołaj umiera nie pozostawiając męskiego spadkobiercy. Córka Mikołaja wychodzi za mąż za Mikołaja Radziwiłła „Czarnego” i pałac dostaje się w posiadanie tego potężnego magnackiego rodu. Jednak Radziwiłłowie rzadko bywali w Szydłowcu, o ile w ogóle się nim interesowali. Pałac był latami niezamieszkały. W 1821 roku odkupili go Zamojscy, aby zaraz potem odsprzedać władzom Królestwa Polskiego.
Na szydłowieckim rynku nasze zainteresowanie wzbudza kamienny pręgierz. Niektórzy nawet się do niego przymierzają….

….oraz porsche.

Takim czerwonym luksusem chętnie przejechałby się nawet zaprzysięgły piechur. Czym prędzej opędzamy się od takich mrzonek i opuszczamy Szydłowiec. W Aleksandrowie wkraczamy na szlak prowadzący na Altanę.

I tu nagła zmiana pogody. Niebo zasnuwają chmury, zaczyna mżyć deszcz. Nie wszyscy jednak muszą martwić się o parasole, peleryny, czy też w ogóle o to, że będą musieli przemaszerować kilkanaście kilometrów w deszczu.

Altana to w zasadzie większe leśne wzniesienie, zauważalne głównie z racji tego, że stoi na nim przeciwpożarowa wieża obserwacyjna. Zadaniem siedzącego w umieszczonej na szczycie konsoli strażnika jest obserwowanie, czy gdzieś nie zaczyna palić się las. Dobra fucha, można by powiedzieć. Gorzej, rzecz się ma, gdy zaczyna mocniej wiać i targa chybotliwą konstrukcją wieży, lub, gdy zdarzy się burza z piorunami. Rzecz jasna można zejść na dół. Tylko gdzie się tu schronić, jeżeli wokół las, a najbliższa wioska sporo, sporo kilometrów stąd? Snując takie refleksje na pożegnanie machamy strażnikowi i ruszamy ku rezerwatowi Ciechostowice. Przed stu laty dominował tu typowy sosnowy bór. Podczas I wojny światowej Rosjanie mocno go przetrzebili. Na porębie pojawiły się samosiejki modrzewia. Potem modrzewia dosadzili leśnicy, dzięki czemu zrodził się piękny modrzewiowy las. Trochę żałujemy, że nie jest to pora jesienna, bowiem wówczas modrzew mieni się wszystkimi kolorami żółci, czerwieni, pomarańczy. Pewnie, dlatego jeszcze tu wrócimy

Pogoda coraz fatalniejsza. Deszcz, wiatr w tym modrzewiowym mateczniku szumią dziwnie, że aż robi się nieswojo. A może to tylko autosugestia wynikająca z tego, że podobno w modrzewiach zamieszkują dusze ludzi, którzy rozstali się z tym światem w sposób gwałtowny i nienaturalny….
W Gagatach Sołtysowskich rozpadało się już na dobre. Teren rezerwatu sprawia wrażenie księżycowego krajobrazu, lub też dotkniętego niszczycielskim trzęsieniem ziemi – jak okiem sięgnąć hałdy iłu pomieszanego z odłamkami piaskowca, wykroty, zapadliska, skalne wychodniami, zawaliskami, itp. A wszystko to ma ceglasto-brunatny odcień. Dzieje się tak za sprawą obecności syderytu, ciekawego minerału zawierającego rudę żelaza. Ale rezerwat znany jest przede wszystkim z gagatu i śladów dinozaurów. Gagat to bitumiczna postać węgla brunatnego. Powstawał on przed 180 milionów lat z iglastych araukarii, w środowisku wodnym, bez dostępu tlenu. Swoją nazwę zawdzięcza starożytnym Grekom, którzy znajdowali go w rzece Gagas (dzisiejsza Turcja). Ze względu na łatwość obróbki, człowiek wykorzystywał gagat do wyrobu biżuterii, talizmanów już 14 tysięcy lat temu. Słynna Wenus z Engel wyrzeźbiona jest właśnie z gagatu. Gagat znali go Wikingowie, Aztekowie, Majowie. W średniowieczu angielskie miasteczko Withby, było ośrodkiem wyrobu dewocjonaliów z gagatu. W Polsce, w okresie powstań narodowych, intensywnie czarna barwa gagatu, sprawiła, że modne i patriotyczne stało się noszenie ozdób z tego minerału jako demonstracji żałoby narodowej.
W XIX wieku, ze smoły powstającej przy spalaniu gagatu, wytwarzano balsam leczący histerię.
Niektórzy nas wypatrują w błocie, czarnych kamyków. Udało się znaleźć parę czarnych okruchów. Wywiązuje się dyskusja, czy to gagat? Jak to sprawdzić? Najprościej byłoby przyłożyć do ognia. Tylko, że rozpadało się na dobre i o żadnym rozpalaniu ognia nie ma mowy.
Pod zadaszoną wiatą oglądamy odciśnięte w ziemi ślady łap dinozaurów sprzed 200 milionów lat. Jeden z odcisków ma aż 60 cm długości i należy do dinozaura z gatunku alozaurów, olbrzymich 6-metrowych drapieżników. Tuż obok widoczne są ślady dwóch dorosłych roślinożernych zauropodów i czwórki młodych osobników. To najstarsze na świecie ślad opieki dorosłych dinozaurów nad potomstwem.
Na terenie rezerwatu paleontolodzy odkryli jeszcze sporo innych odcisków dinozaurów. W tym tak unikalną rzecz jak układ tropów świadczących, że stado roślinożerców zostało zaatakowane przez drapieżców. Z obawy, że ślady zniszczą wandale, nie są one eksponowane. O tym, że nie były to bezpodstawne obawy świadczy choćby połamana tablica informacyjna przy wejściu do rezerwatu.
Jako, że Gagaty były ostatnim punktem programu tej wycieczki czas na tradycyjne ognisko, pieczenie kiełbasy, śpiewanki. Tylko, że przy takim deszczu rozniecić ognia raczej się nie da. A po tak forsownym całodziennym marszu jeść się chce. Trudno zjemy same kanapki. Pewnie, że przytulniej byłoby je zjeść pod dachem, w autobusie. My jednak rozkładamy jadło na polu i zajadamy ze smakiem. A deszcz niech sobie pada.

FAJNA RYBA I PIEKŁO NA FINAŁ

Aby zapisać na swoje konto ostatni, 28 szczyt Korony, musieliśmy wyprawić się aż w okolice Przedborza, w województwie łódzkim. W kolarstwie ostatni etap jest na ogół relaksowo-rekreacyjny, stanowi rodzaj podziękowania i uznania za wspólnie przejechane kilometry, włożony w to wysiłek.
I taka też była nasza wyprawa na Fajną Rybę – w końcu w zmaganiach o Koronę mieliśmy aż 20 etapów, na świętokrzyskich szlakach spędziliśmy prawie trzy lata.
Tym razem aura, nie wystawiła nas na próbę. Było gorąco, ale nie tak skwarnie, jak rok temu w Chęcinach. I rzecz najważniejsza – ani jednego komarzego krwiopijcy.
Tym razem przyszło nam spacerować szlakami Przedborskiego Parku Krajobrazowego: rezerwat Bukowa Góra – Murawy Dobromierskie – Krzemycza – Fajna Ryba – Góry Mokre. To jeden z bardziej unikatowych rezerwatów przyrody w kraju. Wiele z rosnących tutaj roślin z uwagi na zagrożenie wyginięciem wpisanych jest do Czerwonej Księgi (wisienka stepowa, fiołek torfowy, paproć wodna). Natomiast, jeżeli chodzi o owady naliczono ich tu aż 5000 gatunków.
Ale jak to na naszych rajdach bywa, taka czy inna, ale jakaś przygoda-niespodzianka musi być. Przyjeżdżamy do schroniska w Przedborzu, a tu remont – zdemontowane łazienki, wszędzie cementowy pył, styropianowe płyty. Ale w sumie nie było tak źle. A ten styropian nawet okazał się przydatny. Gdy ktoś w trakcie nocnej pośpiewanki poczuł się zmęczony, mógł złożyć głowę na styropianie i po krótkiej drzemce, z nowymi siłami od razu przyłączyć się do zabawy.
W drodze powrotnej do domu odwiedzamy rezerwat Piekło pod Niekłaniem. W momencie, kiedy tam podjeżdżamy rozpętuje się burza z piorunami. Największy deszcz i grzmoty przeczekujemy w autobusie, ale jak tylko niebo nieco się przeciera ruszamy do Piekła. Ciągnące się na przestrzeni kilometra skałki zadziwiają ukształtowanymi przez przyrodę fantazyjnymi formami. Jest tu grzyb,

i ryba,

Niektóre ze skał stoją w szeregu, niczym posągi z Wyspy Wielkanocnej.

Pełno tu wyrzeźbionych przez deszcz i powietrze nisz, mini- jaskiń.

Nawet korzenie drzew przybierają tu osobliwe kształty

Piekłem to miejsce nazwali mieszkańcy pewnej leśnej osady. Lucyfer miał tu za karę zsyłać diabły, które mu w czymś zawiniły. Diabły z nudów nocami urządzały dzikie harce – rzucały głazami, wydawały przeraźliwe ryki. Ludzie mając dość diabelskiego sąsiedztwa porzucili domostwa i przenieśli się gdzie indziej, ale nazwa „Piekło” pozostała. Rezerwat znany jest jeszcze z jednej rzeczy – źródełka smacznej, krystalicznie czystej wody. Przyjeżdżają po nią mieszkańcy z miejscowości oddalonych o 20-30 kilometrów. Z ociąganiem wsiadamy do autokaru – przecież to nasza ostatnia wycieczka po Koronę. Piękna Przygoda dobiega końca. Trudno w takiej sytuacji opędzić się od nostalgicznych refleksji. Na świętokrzyskich szlakach w zmaganiach o Koronę spędziliśmy prawie 3 lata. Każda z 20 wycieczek miała swoją niepowtarzalną atmosferę. To nie było jedynie statystyczne „zaliczanie” wymaganych regulaminem szczytów, ale fascynująca przygoda ze świętokrzyską przyrodą, historiami prawdziwymi i zabytkami, modrzewiowym lasem, w którym jakoby pokutują dusze, dinozaurami i dzikami, gagatem zwanym czarnym bursztynem. Poznaliśmy wiele legend o ukrytych skarbach i diabłach (np. tym z Kamienia Michniowskiego, który zamiast straszyć, zwabiał ludzi piękną grą na skrzypcach). Długo by jeszcze wymieniać. Nie raz nie dwa trzeba musieliśmy wykazać się wytrwałością fizyczną i chartem ducha. „Wycieczka odbędzie się bez względu na warunki atmosferyczne” – taka uwaga znajdowała się pod każdym komunikatem o wycieczce. I żadna nie została odwołana, gdyż nie straszny nam mróz, śnieżna zadymka, ulewny deszcz, tropikalny skwar, zaspy po pas, przepastna borowina na szlaku. Nawet krwiożercze komary nas nie zmogły. Niech ta Kronika będzie formą podziękowania wszystkim, z którzy z nami przez te trzy lata wędrowali (w 20 wycieczkach wzięło udział 685 osoby) Ale szczególne słowa podziękowania należą się Irenie Jabczyk i Tamarze Piotrowskiej, które załatwiały autokary, noclegi i mnóstwo innych rzeczy, dzięki, którym w ogóle mogliśmy ruszyć na trasę. Z kolei Robert Piotrowski i Marek Juszczyk, dwaj nasi cicerone - opracowywali marszrutę, na trasie pełnili rolę przewodników, zasypywali nas ciekawymi historiami, o miejscach, które zwiedzaliśmy. Korona się skończyła. Ale zapewne już wkrótce wyruszymy po nową przygodę. Może gdzieś w tamtym kierunku wskazywanym przez kolegę Roberta

Tekst i foto Andrzej Kozicki